2
Pierwszą rzeczą, którą czuję po
przebudzeniu, są rurki przypięte do mojej skóry. Jakaś lodowata ciecz przepływa
przez mój organizm, przez co jest mi niemiłosiernie zimno. Okrywa mnie
jedwabista pościel, pachnąca lawendą. W powietrzu unosi się zapach lasu.
Nagle czuję przypływający strach.
Boję się tego miejsca, boję się otworzyć oczy, boję się, że zobaczę coś, czego
nie powinnam widzieć, coś zakazanego. Czuję jednak, że w pokoju panuje mrok.
Może nikt nie zauważy, że się obudziłam? Powoli otwieram oczy i już wiem, że
miałam rację. Jest późna noc. Spoglądam na swoje ubranie i ku zdziwieniu
stwierdzam, że jest czyste jak nigdy dotąd. Bluza z szarej jest z powrotem
bladoróżowa, dżinsy nie są już pokryte błotem, a trampki leżące na podłodze,
znów są różowe jak dawniej.
Ciekawa miejsca w jakim się
znajduję, odpinam rurki uniemożliwiające mi poruszanie się i wstaję z łóżka.
Rozglądam się po pokoju. Widzę ogromne, starodawne szafy, szpitalny sprzęt, do
którego byłam podłączona i mały stolik zapełniony stertą papierów. Wielkie
firanki zasłaniają widok z okien, przysłaniając tym samym światło. Podchodzę do
nich i powoli odsłaniam kurtyny. Pokój natychmiast zalewa światło, przez co
dostrzegam w głębi pomieszczenia przepiękną toaletkę. Siadam na miękkim, obitym
w skórę krześle i ze zdumieniem patrzę na swoje odbicie. Wszystkie rany,
rozcięcia i podrapania zniknęły. Widzę tą samą twarz co dawniej. Ogromne,
zielone, otoczone rzędem długich, czarnych rzęs oczy, zgrabny nos pokryty
rozsypanymi po policzkach piegami, pełne usta, zaróżowione policzki i przydługa
grzywka wpadająca w oczy. Tak, to znowu ja. Dotykam długich, falowanych włosów,
aby przekonać się, że one także wróciły do normy. Są jedwabiście miękkie i
lśniące. Mama zawsze mówiła, że są wyjątkowo piękne. Kasztanowe, ale lekko
wpadające w rudy. Były niesamowite, zresztą nadal są.
Nagle czuję spływającą po
policzku łzę. Tęsknię za nimi. Za całą moją rodziną. Mamą, tatą, bratem i
siostrą. Jeszcze niedawno miałam ich po dziurki w nosie. Teraz dałabym
wszystko, żeby ich zobaczyć, przytulić. Brakuje mi kłótni z Gabe’m, śmiechu
Quinnie, jej dziecięcej logiki, przestróg mamy i żartów taty. Chciałabym
znaleźć się przy kominku, otulona ciepłym kocem, z kubkiem gorącego kakao w
rękach, słuchając niesamowitych historii babci. Nic nie zastąpi mi rodzinnego
domu.
Podchodzę na palcach do drzwi, ale
niestety nie wszystko układa się po mojej myśli. Nie widząc jakiejś rzeczy na
podłodze, zapewne wystającej belki, zahaczam o nią, a zaraz potem czuję
zderzenie z podłogą, robiąc przy tym sporo hałasu. Odwracam się, chcąc obwinić
o to wszystko belkę i wtedy nieruchomieję. Czy to w ogóle możliwe? A może
jestem w jednym z tych głupich seriali telewizyjnych, w których wkręcają
zwykłych ludzi? Rozglądam się szukając kamer, czy czegokolwiek co pozwalałoby
mi myśleć, że tak właśnie jest, ale niczego takiego nie dostrzegam. Drżącymi
rękoma podnoszę przedmiot i kładę go u moich stóp, wciąż nie wierząc własnym
oczom. Przede mną leży walizka, ale nie jest to zwykła torba z ciuchami. To
MOJA walizka. Walizka, którą wożę na letnie obozy z przyjaciółmi. Walizka,
którą zabieram w góry, kiedy jadę do babci. Walizka, którą trzymam na górnej
półce w szafie z ubraniami. Jak ona się tutaj znalazła? To tak jakby ktoś się
mnie spodziewał, jakby czekał na moją wizytę, wiedział że przybędę. Rozsuwam
zamek i patrzę na zawartość torby, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Nerwowo
szperam pomiędzy rzeczami. Ulubione ubrania; zdjęcia rodziny i przyjaciół;
wisiorek, który zgubiłam biegnąc w lesie; książka; pościel; poduszka i
pamiętnik. Dziwne, naprawdę dziwne.
Nagle na korytarzu zapala się
światło. Słyszę kroki. Jest już za późno, żebym dostała się z powrotem na łóżko
i udawała, że śpię, więc tylko siedzę zdezorientowana na podłodze i wpatruję
się w smugę światła. Drzwi się otwierają. Widzę tą samą kobietę, która wpuściła
mnie do domu.
- Widzę, że już pani nie śpi - odzywa się
nieznajoma.
- Ehm tak, właśnie miałam… Emm, to nie tak
jak wygląda – tłumaczę się zdenerwowana.
-
Proszę się nie tłumaczyć, to nieistotne.
-
Przepraszam, obudziłam panią?
-
Nie, nie spałam. Pozwoli pani za mną, panno Cross.
-
Zaraz, zaraz. Skąd pani wie jak się nazywam?
-
Wiemy więcej niż się pani wydaje - mówi po czym odwraca się w stronę drzwi i
rusza przed siebie, a ja za nią.
- A
więc, gdzie ja właściwie jestem?
- Znajdujesz się w Międzypokoleniowym
Instytucie Szkoleniowym.
-
Ehm, a można jaśniej? - pytam z irytacją.
-
Ach, pytania, pytania, pytania. Jesteś identyczna jak swoja matka. Nieufna,
bardzo ciekawska i do tego niebiańsko piękna.
-
Ehm, dziękuję... – mówię z rumieńcem na twarzy, a po chwili dodaję - Hej! Skąd
zna pani moją mamę? Ja już nic nie rozumiem…
-
Nie musi pani rozumieć. Wszystko co powinna pani wiedzieć znajdzie pani w
pokoju 203 na drugim piętrze. W razie niejasności proszę pytać Carly. Ona
wszystko pani wyjaśni. Póki co proszę przenieść się tam ze swoimi rzeczami i
oczekiwać dalszych informacji – mówi i odchodzi.
Jestem
tak zszokowana, że po prostu tam stoję i gapię się na pusty korytarz, nie mogąc
się ruszyć. Gdzie ja w ogóle jestem? Nigdy nie słyszałam o tym miejscu, ale z
łatwością mogę stwierdzić, że już mi się nie podoba. Wychodzę ogromnymi
drzwiami na zewnątrz. Słońce leniwie wyłania się zza horyzontu. Zapowiada się
piękny dzień. Tylko dlaczego właśnie tutaj? Cały czas dręczą mnie pytania, na
które nie znam żadnej odpowiedzi. Co to za miejsce? Dlaczego tu jestem? Kim
jest ta kobieta? Co ma z tym wspólnego moja mama? I najważniejsze: skoro moja
mama o tym wiedziała, to dlaczego mi nie powiedziała? Na każde z tych pytań
odpowiedź brzmi: nie wiem.
Rozglądam
się po lesie kiedy nagle widzę czającą się za drzewem ciemną postać. Staram się
nie patrzeć w tamtą stronę i udawać, że niczego nie widzę, ale niezbyt mi to
wychodzi, dlatego staram się nieznacznie podejść najbliżej jak się da. Kiedy
znajduję się już tak blisko, że cień jest dosłownie na wyciągnięcie ręki,
stukam go w ramię jednocześnie mówiąc:
-
Hej.
Czuję
jak całe jego ciało przeszywa dreszcz, kiedy gwałtownie się odwraca. Spoglądają
na mnie duże, czarne jak noc oczy. Widzę budzące się w nich zaskoczenie, ale i
strach.
-
Kim jesteś i jak mnie znalazłaś? – pyta nieznajomy
-
Ehm, no wiesz szczerze powiedziawszy nie było to takie trudne, zważając na to,
że tak po prostu stoisz sobie w lesie – odpowiadam z ironią.
-
Nie odpowiedziałaś na pytanie – Czyżbym wyczuła nutkę zniecierpliwienia?
-
Ależ tak, odpowiedziałam. Bardzo się napracowałeś, próbując zestawić dwa
pytania w jednym zdaniu? Nie boli cię głowa? – sarkazm - najlepszy sposób na
sprawdzenie z kim masz do czynienia. Zapamiętajcie to sobie.
- O
co ci chodzi? Podchodzisz do mnie, zachowujesz się jakbyśmy się znali, a nawet
nie chcesz mi powiedzieć jak się nazywasz. – powiedział z irytacją. A to proszę
państwa jest tak zwany Pan Wszystko Chcę Wiedzieć Od Razu. No super. Poza tym co
mu da moje imię? Jedno, wielkie nic.
-
Spokojnie Sherlock’u. Nie przyszło ci do głowy, że po prostu lubię cień tajemnicy?
- A
tobie nie przyszło do głowy, że może lubię wiedzieć z kim rozmawiam?
-
Ulala, szybko się uczysz. Jeszcze trochę i będziemy mogli normalnie
porozmawiać.
-
Możesz przestać?
-
Kiedy ja nic nie robię. Mówię, po czym odwracam się do niego plecami i idę
przed siebie w las.
Uwielbiam
ten zapach. Świeże igły i wiatr. Tak, dobrze słyszeliście. Wiatr. On wbrew
pozorom też ma zapach. Pachnie świeżością, jak… Znacie to uczucie kiedy
wyciągacie pranie z balkonu i ono tak cudownie pachnie? To właśnie wiatr.
Słyszę
za sobą kroki i już dobrze wiem, że to mój nieznajomy. Stara się być cicho i
nie deptać szyszek, ale chyba nie jest w tym najlepszy.
-
Wiem, że tam jesteś. Przestań zachowywać się jak jaskiniowiec.
-
Ej! Nie jestem jaskiniowcem!
- Czyżbym
zraniła Twoje uczucia? – uśmiecham się jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę,
po czym poważnieję i mówię - Rebella.
-
Czy to się dzieje naprawdę? Nie mogę w to uwierzyć! O jaśnie pani, dziękuję iż
wyjawiłaś mi swoje długo skrywane imię!
-
Czyżby uczeń przerósł mistrza?
-
Na to wygląda – mówi, po czym dodaje – Tyler.
-
Miło mi cię wreszcie poznać, Tyler.
- I
wzajemnie, Rebella.
-
No więc gdzie ja jestem? Co to za miejsce? – pytam, po chwili milczenia.
-
To Międzypokoleniowy Instytut Szkoleniowy. W skrócie po prostu MIS.
-
Miło, ale nadal nie wiem co ja tutaj robię.
-
Skoro tu jesteś, zapewne to nie przypadek. Otóż rekruci, jeśli można nas tak
określić, przybywają tutaj ze wszystkich stron świata. Przeważnie są to Dzieci Ósmego
Pokolenia, co oznacza tyle, że jesteśmy ósmym pokoleniem po skończonej wojnie z
Miastem Krugonów. Nadążasz?
-
Nie bardzo.
-
Gdzieś ty się chowała? No ale dobrze, niech będzie. Dokładnie 196 lat temu
miała miejsce długa i bardzo okrutna wojna z Miastem Krugonów. – po czym dodaje,
widząc moją minę – Miasto Krugonów. Nie rozumiem jak można o nich nie słyszeć?
No, ale nic. Krugoni to hmm… Jakby ci to wytłumaczyć? To jakby dzikie plemię,
które żyje, w sumie nikt nie wie gdzie. Ale to nieważne. Są bezlitośni,
naprawdę. Najlepsze jest to, że oni nie są ludźmi. To zbliżone do nas istoty.
Wyglądają jak my, ale to tylko pozory, żeby nas zmylić, żebyśmy ich nie
rozpoznali. W rzeczywistości to dusze, które powstały w niewyjaśnionych
okolicznościach. Naprawdę ciężko je rozpoznać. Nawet stojąc i rozmawiając tutaj
z tobą nie mam pewności, że nie jesteś jedną z nich. Jednak opowiem ci resztę
historii. Rozpoznać je można właściwie tylko w jeden sposób, a w sumie to w
dwa. Pierwszy, jednak nie dający stu-procentowej pewności: Krugonowie mają
bardzo specyficzne oczy. Nie chodzi o kolor, ale o coś innego. To jakby
miniaturowe, czarne plamki, ledwie widoczne. A ich powieki mają lekko żółtawy
kolor. Drugi, lecz bardziej niebezpieczny sposób to po prostu zabicie. Jeżeli
zabita istota to Krugon, wtedy wypłynie z niego czarna jak smoła ciecz. Oni nie
mają krwi, ale piją specjalne chemikalia, które czynią ich ‘krew’ tymczasowo
czerwoną, dlatego zwykłe skaleczenie nic nie da. Jednak jeśli uderzysz w samo
serce to już co innego. Bo widzisz, serca nie da się zabarwić na inny kolor.
Zawsze pozostanie czarne.
-
Ehm… Przypomniało mi się, że mam coś ważnego do załatwienia, ehm, muszę już iść
– odwracam się na pięcie i ruszam szybkim krokiem przed siebie. Krugoni, wojna,
Ósme Pokolenie? Ten chłopak ma zdecydowanie nierówno pod sufitem.
Kiedy
słyszę za sobą kroki, zrywam się do biegu. Tego już za wiele, nie mogę.
-
Czekaj! Rebella! Co ci odbiło?
Mi?
Mi odbiło? To nie ja gadam o jakimś nieistniejącym plemieniu! Przyśpieszam i
kiedy widzę już koniec lasu, niespodziewanie padam na ziemię jak martwa.
Próbuję znowu przekroczyć linię lasu, ale nie mogę. Za każdym razem wpadam na
jakieś niewidzialne pole.
-
Co ci odbiło? – pyta Tyler, patrząc na mnie jak na wariatkę, kiedy nie zważając
na pole, walę w nie ile sił – Przestań! Zrobisz sobie krzywdę.
Nie
dociera do mnie jednak ani jedno jego słowo. Próbuję wydostać się z tej zabitej
dechami dziury, zapomnieć o tym wszystkim o czym mi powiedział i wrócić do
rodzimy i przyjaciół. Nie dam rady zostać tu ani minuty dłużej.
-
Rebella? Przestań, proszę cię. To pole ochronne, nie przedrzesz się. – kiedy
jednak nie słucham, podchodzi do mnie i odciąga mnie siłą, co nie jest takie
proste, ponieważ kopię na wszystkie strony. – Co w ciebie wstąpiło?
-
We mnie? We mnie?! Krugoni, wojna, MIS i jeszcze jakieś Ósme Pokolenie? Wybacz,
ale to nie ja mam tu problemy. Ja po prostu nie chcę tu być, chcę wrócić do
domu. Nie obchodzi mnie jak. Ale uwierz mi – znajdę sposób żeby się stąd
wyrwać.
- Ty
nic nie rozumiesz, prawda? Usłyszałaś tylko strzępki tej całej historii i masz
już dość? My żyjemy z tą świadomością całe życie, poza tym nawet jeśli się
postarasz, nie dasz rady uciec. Myślisz, że nikt nie próbował? Błagam cię!
-
Dlaczego nas tu trzymają?!
-
Eh… No tak, to jest na najgorsza część opowieści, miałem zostawić ją na koniec,
ale cóż, skoro już pytasz… - zawiesza głos, a kiedy się znowu odzywa, czuję się
jakbym została spoliczkowana – My mamy ich zniszczyć.